23 kwietnia, 2024 Autor Marek Maciejewski Wyłączono

Ugruntowana duchowość

Granice – nie wychodź bez nich z domu

M: Jeden z moich ulubionych duchowych nauczycieli, Eckhart Tolle, w swojej książce „Potęga teraźniejszości” napisał, że „prawdziwą naturę odnajdujemy poza nazwą i formą”.
JB: Po pierwsze, Tolle urodził się pod imieniem Ulrich, a nie Eckhart. Uznał, że „imię” i „forma” są wystarczająco istotne, by je zmienić. Poza tym, filozofia będąca sednem tego cytatu – fundamentalna w odwiecznych naukach o transcendentnym bajpasie – nie jest zgodna ze zintegrowaną, ugruntowaną duchowością. Jest zakorzeniona w nicości i zaprzecza samej strukturze i naturze naszej jaźni. Jak wspomniałem wcześniej, Ugruntowana Duchowość odnajduje prawdziwą naturę każdego człowieka w nazwie i formie. To tutaj, w formie, pogłębiamy i rozszerzamy naszą zdolność do nierozdzielności. To w formie dostosowujemy swoją jaźń do boskości. To w formie dotykamy tego, co bezforemne. To w imieniu – naszym unikalnym obliczu Boskości – odnajdujemy to, co bezimienne. Nasze człowieczeństwo jest platformą startową, rakietą i celem podróży.
M: To wszystko brzmi poetycko, ale nie możesz stać się pustym, jeśli wciąż przywiązujesz się do dualności.
JB: Zanim staniesz się pusty, musisz być pełny. Nie napełnisz się poprzez przekroczenie „pojemnika” swojego ciała. Musisz wypełnić go zdrową jaźnią, obejmującą pełne spektrum życiowych doświadczeń. I znowu, nie jestem przekonany, czy komukolwiek udało się to osiągnąć na tym etapie rozwoju ludzkości. Wierzę, że nadal mamy dużo do zrobienia w ramach dualności – w rozróżnieniach między cieniem i światłem, dobrem i złem, tym co zdrowe i niezdrowe. Tak, by nasza wyprawa jako kolektywu do bardziej jednoczącej świadomości nie omijała naszych wciąż niezintegrowanych dualności, ale opierała się na ich zdrowej i organicznej transformacji. Podejrzewam, że gdy ktoś osiągnie zdrową, witalną i solidną świadomość, nie będzie zainteresowany wyjściem poza ludzką formę – będzie zbyt zajęty życiem, uczeniem się i kochaniem, by się z nią pożegnać. Tak, możesz wtedy wejść w świadomość zjednoczonego pola świadomości, ale będzie to znacząco inne i zdrowsze doświadczenie. Ponieważ będziesz nienaruszony i będziesz wiedział, gdzie kończy się twoje ja, a zaczyna reszta.
M: Nie rozumiesz sedna sprawy. W zunifikowanym polu nie ma końca ani początku!
JB: Oczywiście, że tak. Ograniczenia są nieodłączną częścią rzeczywistości. Pomyśl o tym w kategoriach międzyludzkich relacji. To jak różnica między tymi związkami miłosnymi, które rozpadają się po intensywnym połączeniu na początku, a tymi, które utrzymują się i z biegiem czasu zapuszczają głębsze korzenie. W tym drugim przypadku partnerzy prawdopodobnie mieli silniejsze i bardziej dojrzałe poczucie siebie, do którego mogli wrócić. Bez zdrowych granic nasze wyprawy w mistycyzm – w pojedynkę czy w związku – prawdopodobnie zakończą się niepowodzeniem. To bardziej forma ucieczki niż prawdziwy powrót do siebie. Dla mnie to dowód na to, że nie jesteśmy stworzeni do „jedności”, jeśli nie rozwinęliśmy się jako jednostki. To przedwczesne. To myślenie życzeniowe i nic więcej. Możesz smakować z drzewa jedności, ale kto jest degustatorem? Aby naprawdę zasmakować jedności, musimy najpierw rozwinąć się w rozpoznawaniu swojego indywidualnego znaczenia. Musimy odkryć, gdzie kończymy się my, a zaczynają się inni. Bez zdrowego ego i dobrze zdefiniowanych granic, nasze doświadczenie jedności wszystkiego staje się NICOŚCIĄ WSZYSTKIEGO, ponieważ nie mamy „ja”, do którego moglibyśmy wrócić. Zacznijmy od jedności ja, zanim zaczniemy martwić się o jedność wszystkiego.
M: To matematyka na wysokim poziomie. Ale w mojej duchowości chodzi o wyeliminowanie osobistych granic.
JB: To nieprawda. Twoja duchowość polega tak naprawdę na odgradzaniu się od tego, co osobiste. Nie uwzględniasz płynnego przepływu między tym, co osobiste, a tym, co bezosobowe – ograniczasz swoją duchowość wyłącznie do tego, co bezosobowe. I to jest główny problem. Odróżnienie siebie od ograniczających dualności to jedno, a całkowite wyeliminowanie lub odgrodzenie swojej odrębnej jaźni to zupełnie coś innego. Zbyt daleko posunięte dążenie do „jedności wszystkiego” jest po prostu kolejną ucieczką od wyzwań i osobistej odpowiedzialności. Im głębiej wzrastamy w indywidualnej duchowości, tym bardziej autentyczne staje się nasze doświadczenie jedności. Aby porzucić dwoistość, musimy najpierw ustanowić swoją odrębność.
M: Hmmm.
JB: Nie kupuj przesłania, które utożsamia brak granic z zaawansowaną duchową świadomością. Jest inaczej. Istnieje zasadnicza różnica między doświadczeniem świadomości jedności, które emanuje z jaźni ze zdrowymi granicami, a doświadczeniem jedności pozbawionym granic, które wynika z odcięcia się od jaźni. Jeśli chcesz doświadczyć świadomości jedności, najpierw się zjednocz. Od tego się wszystko zaczyna. Granice, granice, granice – nie wychodź bez nich z domu.

Autentyczność – osobowość

Widziałem, że chłonął moje słowa, pozwalając im działać i rozbrzmiewać w swoim wnętrzu. Zauważyłem, że jego twarz wyglądała nieco inaczej niż wcześniej – bardziej zarumieniona i pełna życia. Nasz dialog go pobudzał. Stymulował nowe możliwości – niezależnie od tego, czy był gotów się do tego przyznać, czy nie. Zapłaciliśmy rachunek za taco i udaliśmy się w drogę powrotną do parku. Powietrze było teraz rześkie. Surowe drzewa przypominały szkielety. Zima zbliżała się wielkimi krokami. Kiedy dotarliśmy na miejsce, usiedliśmy przy piknikowym stole i kontynuowaliśmy nasz dialog.
M: W pewnym sensie to, co nazywasz niezdrowym ego, brzmi bardzo podobnie do pojęcia „osobowości”, czegoś, co z wielkim trudem próbowałem zgładzić.
JB: Nie zgadzam się z tym, Michael. Twoja osobowość może odzwierciedlać niezdrowe ego, ale może również odzwierciedlać naturalne adaptacje i maski, które są konieczne, by funkcjonować w świecie. Musimy przetrwać. Miej dla tego trochę współczucia. To wszystko nie jest takie oczywiste. Jednocześnie nasza osobowość może być nasycona siłą życiową, odzwierciedlając naszą specyficzną naturę, unikalny plan naszej duszy. Kiedy jesteśmy zintegrowani i zharmonizowani, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie, nasza prawdziwa osobowość może rozbłysnąć. Czy nie uważasz, że każda dusza ma unikalną jakość, unikalny temperament, unikalny plan, który przejawia się jako osobowość?
M: Nie, nie wierzę. Uważam, że gubimy się w fałszywych identyfikacjach i myślimy, że są prawdziwe. Zapominamy, że to adaptacje, a nie coś prawdziwego.
JB: Co jest zatem prawdziwe? Jak według ciebie wyrażalibyśmy swoją wyjątkową osobowość, gdybyśmy żyli z „punktu swojej prawdziwości”?
M: Bylibyśmy bardziej zrównoważeni, mniej zindywidualizowani. Mielibyśmy w sobie mniej „osoby”, a więcej esencji.
JB: Amorficzna plama. Jakie to nudne. Myślę, że to właśnie mają na myśli ci, którzy mówią o „persona non-grata”. Osobowość jest czymś niepożądanym, złapanym w pułapkę błędnej identyfikacji. Zatem twierdzisz, że nie byłoby faktycznego rozróżnienia między jednostkami, które osiągnęłyby autentyczność?
M: Nie do końca. Różnice by istniały, ale znacznie mniej wyraźne.
JB: Czyli podobnie jak wielu wiecznie medytujących manifestuje swoje osobowości – nieco robotycznie, z jednolitym spokojnym wyrazem twarzy, ale z nieco innymi duchowymi osobowościami. Jeden nosi koraliki mala, inny kolorowy szalik 😊 Niektórzy lubią miękkie poduszki do medytacji, a inni twarde. Jeden wierzy, że oświecenie można znaleźć poprzez seks, drugi, że poprzez unikanie seksu.
M: Według mnie to równowaga, a nie automatyzacja. Ale tak, bardziej zakorzeniona w szerszej perspektywie. Mniej zależna od fluktuacji małego „ja”.
JB: A więc znowu trafiamy na ten sam problem, mój przyjacielu. Zamiast dokonywać rozsądnego rozróżnienia między sposobami bycia, które odzwierciedlają to, kim naprawdę jesteś, a tymi, które są uszkodzone, zamiatasz osobowość pod dywan i przeskakujesz do pustki. To może być twój kolejny sposób na ominięcie własnych trudnych fluktuacji. Przebudzenie następuje w centrum jaźni, a nie w centrum wiecznej pustki.
Michael zamilkł na chwilę, jego oczy szybko przeskanowały park, czegoś szukając.
M: Przyjrzyj się temu dziecku, które bawi się przy drzewie. Wpada w złość i stawia żądania, gdy nie może zwrócić na siebie uwagi matki. Próbuje ją kontrolować. Jest wyraźnie przywiązane do swoich ciągle zmieniających się pragnień i potrzeb. Traktuje to wszystko tak poważnie, podczas gdy to, co naprawdę ważne – stan spokojnej równowagi ponad fluktuacjami – jest poza jego świadomością. Nie rozumiem, dlaczego Hannah chce sprowadzić na świat jeden z tych małpich rozumów. Do diabła, ledwo radzę sobie z własnym małpim umysłem.
JB: Ja widzę coś zupełnie innego. Widzę dzieciaka z własną, pięknie zniuansowaną, żywą i kolorową osobowością, walczącego o to, by zostać zauważonym i usłyszanym, by móc rozwinąć swoją odrębną osobowość. Niezbędny i ważny krok ludzkiej istoty. Czuję intensywność jego dążenia do urzeczywistnienia różnych aspektów siebie, siłę natury, której nie można kontrolować ani jej zaprzeczyć. Widzę silnie obecną jaźń, która jest jednocześnie zindywidualizowanym odbiciem esencji, w wyraźnie unikalnym i wspaniałym kształcie, naładowanym własnym wewnętrznym celem.
M: Wow! Dobra, spraw, żebym poczuł się jak dupek.
JB: Rozumiem pokusę zaprzeczania prawdziwości jaźni w trudnym świecie, ale przypomnę ci, że istnieje bardzo realne niebezpieczeństwo w takim zaprzeczaniu. Przyznać, że istnieją fałszywe jaźnie, maski i przebrania to jedna rzecz, ale nie przyznawać, że jest też zdrowa, celowa, wspaniała i autentyczna jaźń, wyrządza poważną krzywdę, szczególnie osobom, które przeżyły traumę i tym, które zmagają się z fragmentacją psychiki. Takie osoby mają przed sobą wielką górę do pokonania w procesie uzdrawiania i reintegracji. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują, to nauki, które oddalają je od ich indywidualnej jaźni. Potrzebują zdrowej miłości i szacunku do siebie.
I… poszedłbym o krok dalej. Kiedy słuchałem ciebie przez ostatnie tygodnie, często miałem w głowie obrazy Holokaustu.
M: Holokaustu? Teraz przywaliłeś.
JB: Tak, ale jest ku temu powód. Zastanawiałem się nad tym od tygodni i teraz to widzę. Pod wieloma względami istnieje wyraźne podobieństwo między twoimi poglądami a poglądami głoszonymi przez nazistów. Wiem, że nie jest to twoim zamiarem, ale podobieństwa są dla mnie oczywiste.
M: Stary. Chyba ci odbiło.
(…)

Triada współtworzenia

JB: Mapa składa się z szeregu podstawowych elementów. Pierwszy element nazywam „triadą współtworzenia”. Urealniona relacja miłosna musi szanować powstające podczas związku trzy byty: indywidualny świat każdego z partnerów oraz świat, który razem współtworzą. Tak więc w tej dynamice każdy z was szanuje ścieżkę drugiej osoby – jej indywidualne praktyki, potrzeby, zainteresowania i cele. Jednocześnie cenicie i nadajecie priorytet swojej wspólnej ścieżce współtworzenia. Nie musiałbyś zatem się martwić, że stracisz siebie w pochłaniającym związku, ponieważ oboje utrzymywalibyście swoje indywidualne ścieżki i praktyki w bezpiecznym miejscu. Każdy z was będzie uważał unikalną i autonomiczną ścieżkę drugiej osoby za świętą i traktował ją z wielkim oddaniem. W ten sposób jest bardzo mała szansa, że dynamika związku przerodzi się we współzależność.
Jednocześnie oboje podjęlibyście szczere zobowiązanie do uhonorowania trzeciej gałęzi drzewa relacji: dynamicznej siły, którą razem się stajecie. Innymi słowy, nie tylko kochacie się nawzajem jako odrębne byty, ale kochacie, szanujecie i pielęgnujecie to, co współtworzycie. To tak, jakby twój związek stał się żywą, oddychającą istotą. Postrzegasz go jako wielką ko-kreację, kawałek wspólnej sztuki, nad którą razem pracujecie, a która przekształca się i zmienia formę w miarę pogłębiania się waszej więzi. Taką, która pięknie odzwierciedla doświadczenia i lekcje, które wspólnie zrealizowaliście. „Wow, jestem piękny”. „Wow, jesteś piękna.” „Wow, jesteśmy piękni”. Ponieważ jeśli szanujecie tylko miłość, w pewien sposób wciąż pozostajecie w dwóch różnych światach. Ty kochasz ją, ona kocha ciebie, ale co stoi między wami? Co z mostem między waszymi sercami? A co ze światem, który razem tworzycie? Ugruntowany, świadomy związek dotyczy również trzeciego elementu – alchemicznej kombinacji dwóch łączących się dusz, żywego, oddychającego świata, który współtworzysz w kosmicznym piecu miłości. To różnica między kochaniem a służeniem miłości. To różnica między narcystycznym dążeniem do ekstazy a radością głębokiego oddania. Służysz sobie, drugiej osobie i cudownemu wszechświatowi, który razem tworzycie i kultywujecie. Służysz kochaniu. Jesteś oddany tańcu. Świadomie utkane gniazdo jest samo w sobie oddzielnym światem.
(…)
Mantra „wszystko dzieje się z jakiegoś powodu” pojawiła się jako niezbędna przeciwwaga dla idei, że ZAWSZE jesteśmy ofiarami jakiejś sytuacji. Czasami odgrywamy rolę w tym, co się manifestuje. I, jak sugerowałeś, często w takich okolicznościach to nasze nieświadome wzorce i przekonania dokonują wyboru. Ale, podobnie jak wszystkie spolaryzowane mantry, ta również idzie zbyt daleko w jednym kierunku i ignoruje sytuacje, w których cierpienie jest niepotrzebne. Tak, wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, ale nie zawsze jest on dobry. Na tej planecie zawsze istnieje pewien stopień błędnych działań. Ponieważ nie możemy ustalić, dlaczego coś się komuś przydarzyło, zawsze lepiej jest potraktować go z miejsca współczucia. Pozwólmy mu zdecydować, czy powód był dobry. Pozwólmy mu zdecydować, czy to był dar. Ogólne stwierdzenia takie jak: „Jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być” – bez względu na okoliczności życiowe i wyzwania – to puste frazesy. Tak, nie ma wątpliwości, że często możemy nauczyć się czegoś wartościowego w każdym punkcie naszej ścieżki, i tak, w niektórych sytuacjach możemy przyciągnąć dokładnie takie wyzwanie, jakiego potrzebujemy, aby się rozwijać. Ale to nie oznacza, że ZAWSZE jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być, lub że wybraliśmy każdą naszą rzeczywistość. Czasami potrzebujemy kopa w tyłek, a czasami jesteśmy po prostu ofiarą strasznych okoliczności. Czasami nasze cierpienie jest niepotrzebne i wynika z niewłaściwego postępowania innych ludzi. Współczucie wymaga, abyśmy z szeroko otwartym sercem pozostawili przestrzeń dla wyzwań drugiej osoby. Pozwólmy, by każdy sam zdecydował, czy jest dokładnie tam, gdzie powinien być.
Pozwolę sobie przeczytać fragment książki mojej żony Susan, Open Passages. Odnosi się właśnie do tej kwestii:
Nie wszystko dzieje się z dobrego lub kosmicznego powodu. Nie wszystko zaaranżowały nieziemskie siły, aby udzielić nam lekcji życia. Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się niewinnym to tajemnica, która nigdy nie zostanie rozwikłana. Na szczęście nie ma żadnej tajemnicy w cudownym uzdrawianiu. Podnosząc moździerz i tłuczek, narzędzia do emocjonalnego uzdrawiania, możemy być alchemikiem, który przejmuje kontrolę, w niezwykły sposób wymieniając pozornie nieodwracalną energię w naruszeniach przeciwko nam na cenne elementy odbudowy. Umieszczając je w tyglu, by zostały przetworzone i wymienione na niezaprzeczalną siłę oraz bardziej wspierającą i afirmującą egzystencję, przezwyciężamy je i tworzymy prawdziwe znaczenie. Wchodzimy w pełnię triumfującej ludzkiej istoty.
M: Wow, to jest piękne.
JB: Tak, to prawda.
(…)
Mantra „nie osądzaj” to kolejny sposób, w jaki ruch Nowej Klatki (New Age) unika osobistej odpowiedzialności za swoje działania. Nie osądzaj! A tak naprawdę osądzamy cały czas. Otrzymaliśmy dar rozeznania i krytycznego myślenia. Dzięki Bogu za to – to nas powstrzymuje od podążania niewłaściwymi ścieżkami, podejmowania niezdrowych decyzji i niszczenia swojego życia. Nawet ci, którzy krytykują osąd, osądzają. To podstawa ludzkiego doświadczenia. Być może prawdziwym pytaniem nie jest to, CZY osądzamy (lub rozeznajemy, jeśli wolisz), ale DLACZEGO osądzamy? Czy robimy to z dobrej czy złej woli? Czy osądzamy po to, by się rozwijać i odróżniać niezdrowe od zdrowego, czy też jest to odzwierciedlenie naszego nierozwiązanego kompleksu wyższości? Czy osądzamy, ponieważ mamy potrzebę zwrócenia uwagi na szaleństwo świata, czy też nasze działanie jest jego bezpośrednim odzwierciedleniem? Liczy się motyw.

Osąd może być dzielącą i destrukcyjną siłą, często wykorzystywaną jako broń przeciwko tym, których uważa się za innych. Może nas dzielić, może podważać naszą wzajemną więź i może utrwalać przeciwstawne ramy postrzegania, które raczej psują niż leczą. To jeden z głównych korzeni trującego drzewa. W rezultacie to jest ważne, byśmy uświadomili sobie swoje nieświadome tendencje do osądzania i tam, gdzie to możliwe, szukali bardziej współczującego podejścia. Jednocześnie musimy uważać, aby nie skręcić tak daleko w drugą stronę, że stracimy kontakt z rzeczywistością. Znowu chodzi o tę delikatną równowagę. W swoich ekstremalnych formach mantra przeciw osądzaniu może w rzeczywistości utrwalać szaleństwo, którego stara się uniknąć, likwidując wolność myśli i wypowiedzi oraz odsuwając osobistą odpowiedzialność za nasze własne działania. Staje się kolejnym mechanizmem transcendentnego bajpasu, w którym ludzie tłumią prawidłowe i uczciwe postrzeganie, ponieważ myślą, że „osądzają” innych. Gdy tak się dzieje, człowiek jest rozdarty między nieurzeczywistnioną wewnętrzną intuicją a adaptacją do zewnętrznej „idei” właściwego zachowania. Równocześnie to, co naprawdę zasługuje na uzasadniony osąd, jest przeoczone. (…)

Zachowajmy zdrowy rozsądek. Nie każdy negatywny osąd ma swoje źródło w naszych własnych problemach lub jest projekcją z poprzedniego życia. Czasami nasze osądy są niczym innym jak odzwierciedleniem świadomego procesu rozeznawania. Czasami przerażają nas pewne zachowania, ponieważ rozwinęliśmy się do punktu, w którym możemy odróżnić dobro od zła, zdrowe od niezdrowego, życzliwe od wrogiego. Jeśli całkowicie usuniemy zdolność do osądzania, nigdy nie osiągniemy naszego prawdziwego potencjału, ponieważ wyciszamy jedną z naszych kluczowych supermocy: rozeznanie. Świadome osądy utrzymują nas przy życiu i napędzają święty aktywizm, który poprawia nasz świat. Jeśli stracimy zdolność do osądzania, stracimy tym samym zdolność do wprowadzania zmian, które mogą sprawić, że ten świat będzie bezpieczniejszy i bardziej integracyjny.”

Jeff Brown „Ugruntowana duchowość”
All rights reserved